wtorek, 27 stycznia 2015

1. Carpe diem

          Pierwsze nikłe promienie słońce powoli wpadały przez okna do pokoi mieszkańców Londynu. Dość spora ich część była już w drodze do pracy lub przygotowywała się do wyjścia. Jednak Kasandra nie była jedną z nich. 

          Z niechęcią spojrzała na szklany zegar z elektronicznym wyświetlaczem. Było dokładnie dziesięć minut po godzinie siódmej, a ona miała ochotę jeszcze bardziej zakopać się w śnieżnobiałej pościeli i nie wychodzić ze swojej sypialni. Jeszcze wczoraj oznajmiła Mikołajowi, że w pracy pojawi się dopiero na jedenastą. Na spotkanie ze swoim nowym klientem. Nadal nie pałała do niego zbytnio ciepłymi uczuciami i to się raczej nie zmieni. Owszem razem chodzili do jednego z najbardziej prestiżowych liceów w województwie łódzkim, ich rodzice się znali, ale to wszystko.

          Odrzuciła jedną z poduszek na bok i usiadła, wyciągając przed siebie ręce i przeciągając się z zadowoleniem. Może ten dzień wcale nie będzie taki zły? W końcu spotkanie ze Stochem będzie trwało jakąś godzinkę, półtorej. Później będzie mogła zająć się swoimi sprawami. Odrzuciła kołdrę i wsunęła stopy w beżowe kapcie. Szybko narzuciła na siebie krótki satynowy szlafrok. Zerknęła jeszcze w lustro i parsknęła cicho. W długich białych spodniach, puchatych kapciach i tym śmiesznym szlafroczku nie wyglądała elegancko i profesjonalnie jak zawsze.

          Zalewała właśnie kawę wrzątkiem kiedy ktoś zadzwonił do jej drzwi. Spojrzała na zegarek i pokręciła tylko głową. Kto o zdrowych zmysłach chce do niej przychodzić przed jej pierwszą kawą?

          - Cześć mała. - Zza wielkiego koszyka z przeróżnymi wypiekami, pralinami i owocami w czekoladzie wychylił się nie kto inny jak jej bliźniak.

          - Tobiasz jest godzina siódma dwadzieścia sześć. Czy ty wiesz co powiedziałby ojciec jakby Cię zobaczył? - Zapytała unosząc jedną z brwi do góry. Mimo to przesunęła się i wpuściła go do środka, wcześniej zabierając od niego kosz.

          - Nie wolno ufać ludziom, którzy się uśmiechają przed dziewiątą, bo to seryjni mordercy? - Zapytał ściągając kurtkę i buty. Pokiwała tylko ze zrezygnowaniem głową i skierowała się do kuchni.

          Kiedy wróciła do jadalni, już po porannej toalecie, zastała go czytającego akta sprawy. Na stole znajdowały się jej ulubione potrawy, a w beżowo-niebieskim kubku z czarnymi kółkami była kawa z mlekiem.

          - Chyba wiem dlaczego Patrycja jest taka zadowolona co rano. - Mruknęła cicho i usiadła po jego lewej stronie, od razu wypijając sporą ilość kawy. Złapała za jednego z czekoladowo-orzechowych bajgli i spojrzała na niego.

          - Coś ty taki zamyślony? - Zapytała, wygryzając się w wypiek.

          Tobiasz podniósł wzrok znad papierów i uniósł brwi do góry w wymownym geście. Na jego ustach zaraz pojawił się chytry uśmieszek i z zadowoleniem odłożył teczkę na bok. Założył ręce za głowę i uśmiechnięty od ucha do ucha spoglądał na swoją siostrę, która zmrużyła oczy podejrzliwie i odłożyła bajgla na talerzyk.

          - Więc? O co chodzi? Tylko nie mów, że dziadek Wojtek i tata znów się zgadali z trenerem, żebym wróciła. - Wymownie uniosła wzrok ku górze przy słowie znów.

          - Nie. Nie chcesz to nie wracaj. Mnie to szczerze nie obchodzi. Bardziej interesuje mnie, dlaczego moja ukochana i przecudowna siostrzyczka...

          - Czuję sarkazm. - Mruknęła cicho i napiła się kawy.

          - Chce pomóc Danielowi Stochowi. - Dokończył ze złośliwym uśmieszkiem.

          Granatowe tęczówki Kasandry nieco pociemniały, kiedy spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka. Co jak co, ale jeśli Tobiasz coś wie, to znaczy, że znaczna liczba populacji już wie. Westchnęła cicho i urwała kawałek bajgla. Patrzyła na niego w zamyśleniu, zanim włożyła go sobie do ust.

          - Nie robię tego ze względu na tego homo sapiens. Wujek Bartek mnie poprosił, zgodziłam się. The end. - Zakończyła dyskusję, chociaż po minie Tobiasza widziała, że nie wydawał się za bardzo zadowolony z odpowiedzi, którą otrzymał. 

          - Nie wiem czego właściwie oczekiwałeś. Że co? Nagle zmieniła zdanie i jestem kolejną pustą kobietą na planecie, która jak idiotka ślini się na jego widok. - Zapytała z dezaprobatą. Pokręciła głową i wstała ze swojego krzesła. - Ja mam rozum. W odróżnieniu od niektórych. - Odcisnęła ślad swoich ust na jego policzku i zgarnęła zieloną marynarkę z kanapy. - Klucze masz. Ja muszę lecieć. Sprawdź co u Andersona, bo mam złe przeczucia w stosunku do jego kontaktów z Janowicz.

          - Że z kim...?! - Krzyknął, ale ona już była za drzwiami i kierowała się do windy. 

          Jej kamienica znajdowała się prawie w centrum Londynu i była tu od dziesięciu lat. Wybudowana na styl typowy dla londyńskich kamieniczek, była nowoczesna i użytkowa, a także kosztowała nie mało, ale w związku z dobrze prosperującym biznesem Kasandra stwierdziła, że lepiej jej znaleźć drogie, ale dobre mieszkanie niż tlić się w jakiejś klitce i wydać pieniądze na samochód.
          


          Kiedy znalazła się w swoim gabinecie miała chwilę by odetchnąć. Nie słyszała już uporczywego trąbienia tych wszystkich kierowców, wściekłych rozmów na ulicy czy szczekających psów. Powiesiła marynarkę na oparciu, torebkę odłożyła na fotel i włączyła lustro weneckie w szklanej ścianie, która oddzielała ją od jej sekretarki Melody. Westchnęła i usiadła na kanapie wraz z notesem i aktami. Szybko wypisała wszystkie opcje i metody, których mogła użyć podczas procesu oraz to czego robić im nie wolno było.

          Zauważyła migającą czerwoną lampkę na swoim telefonie i podeszła do niego, wciskając kombinację.

          - Słucham Cię Melody.

          - Jest tu niejaki Daniel Stoch. Mówi, że byliście umówieni na jedenastą.

          - Tak. - Zamknęła na chwilę oczy i odkaszlnęła. - Tak. Wpuść go proszę.

          Usiadła na fotelu kiedy drzwi jej biura otworzyły się szeroko. Do środka wszedł nie kto inny jak Daniel Stoch ubrany z czarne jeansy, czarną koszulę i szary płaszcz. Zamknął drzwi i zdjął płaszcz, który położył na oparciu fotela, a następnie usiadł w nim i spojrzał na nią wyczekująco. 

          - Zacznijmy od początku. Sprawa pierwszy raz została skierowana do sądu 12 października 2043 roku, zgadza się? - Kiedy kiwnął głową, zapisała szybko datę. - Pierwsza rozprawa miała miejsce w Poznaniu, dlaczego tam?

          - Na tamtą chwilę przebywałem w Poznaniu ze względu na siostrę. Skalska szybko znalazła mnie i poinformowała o sprawie.

          - Więc oskarżyciel to Lukrecja Magdalena Skalska, lat dwadzieścia siedem, urodzona w Zielonej Górze, 6 stycznia 2017 roku. Dobrze. Powiedz mi dokładnie skąd Skalska czerpie przypuszczenia, że to jej dane personalne zostały użyte w książce?

          - Jedna z postaci ma na imię Lucy Skay. Możliwe, że skojarzyła to, jej zachowanie i nawyki z własnymi. Nie wiem. - Wzruszył ramionami i złączył palce, spoglądając na nią ze spokojem.

          - Dobrze. Czy znasz Lukrecję Skalska prywatnie? Czy znałeś ją zanim napisałeś książkę? - Zapytała i podniosła na niego wzrok, wyczekując odpowiedzi negatywnej.

          Otworzyła lekko usta i parsknęła rozbawiona. Odłożyła notatnik i długopis na bok i ugryzła się lekko w język, podnosząc głowę w górę. 

          - Czy ty masz pojęcie, że takie sprawy należy zgłaszać wcześniej? Skalska ma bardzo mocne dowody, a to, że ją znałeś przed stworzeniem książki w niczym nam nie pomaga, wręcz przeciwnie.

          Odgarnęła włosy i wypuściła powietrze ze świstem. Spojrzała za okno i dopiero zauważyła, że zaczęło padać. Ciężkie krople uderzały w szklane okna. Westchnęła i spojrzała na papiery, które nagle zostały jej zabrane. Podniosła wzrok i spojrzała zdziwiona na Daniela. Westchnęła, oparła się o kanapę i założyła nogę na nogę.

          - Więc o co chodzi? - Zapytała ze skrzywionymi ustami. - Dlaczego nie powiedziałeś mi o Lukrecji?

          Spojrzała na nieco zdenerwowanego mężczyznę przed nią i uniosła brew. Ten człowiek, swoim zachowaniem, działał jej na nerwy jak nikt inny, a teraz kiedy ma go bronić w sądzie i z nim współpracować zaczyna ją jeszcze bardziej denerwować. Dlaczego on nie może ułatwić jej wszystkiego i powiedzieć to co wie. Przecież oboje byliby wtedy zadowoleni.

          - No dobrze. Szkody nie cofniemy, więc jeszcze raz. Znałeś Lukrecję Skalską przed wydaniem czy napisaniem książki, to wiemy. Jaki charakter miała wasza relacja? 

          - Byłem z nią pół roku. - Odparł cicho i splątał dłonie i przyłożył je do ust.

          - Więc co? Myślisz, że ja jakimś cudem usunę jej to z pamięci? Chyba sobie kpisz. - Westchnęła zirytowana i zaczęła nerwowo stukać paznokciami o notes. - Musimy jakimś cudem spróbować wynegocjować z nią ugodę. Czy twój poprzedni adwokat w ogóle próbował takiej metody? Rozmawiał z nią i chociaż próbował uniknąć sprawy w sądzie?

          - Z tego co mi wiadomo to podobno odmawiała spotkania. Nie wiem czy to prawda. Tym wszystkim zajmowała się Joanna, ja byłem w Nowej Zelandii. - Odpowiedział cicho i oparł się o fotel.

          - Czyli jak rozumiem to twoja narzeczona była pośredniczką między twoim adwokatem a tobą? - Kobieta, którą poznała wczoraj miała miły charakter, ale Kasandra jako osoba z ograniczonym zasobem zaufania do obcych musiała przyznać, że coś jej w ciemnowłosej nie pasowało. Pierwsze podejrzenie padło kiedy okazało się, że nie chcą tego samego. Teraz zaczynała się coraz bardziej przekonywać do tego, że Joanna próbowała od niej uciec by coś zataić. - A czy przekazywała Ci jakieś pisma? Mój poprzednik powinien wnieść do sądu to, że powódka odmawia spotkania. W takich sprawach jest to solidny dowód.

          Daniel spojrzał na nią z zastanowieniem. Nie przypominał sobie o żadnych papierach poza wezwaniami do sądu. Ściągnął brwi i spojrzał na siedzącą naprzeciwko niego Kasandrę. Miała powagę na twarzy, ale i coś jeszcze. Podejrzliwość? Zmrużył lekko oczy i pokręcił głową. Musi przestać myśleć, że wszystko to książka.

          - Nie. Poza wezwaniami z sądu nie dostawałem żadnych papierów. - Odparł stanowczo.

          Uniosła brwi ze zdziwienia. Jego ostry ton wskazywał na to, że jednak coś musiało nie pasować. Pokiwała bezprzekonania głową i zapisała sobie by spróbować skontaktować się z Joanną Mazurek. Westchnęła z lekkim zrezygnowaniem i zamknęła notes.

          - W porządku. Na dzisiaj wystarczy. Z tymi materiałami postaram się opracować pewną linię obrony w razie potrzeby. Spróbuję skontaktować się z Lukrecją Skalską i namówić ją na spotkanie w sprawie ugody. Możliwe, że mimo tych wszystkich procesów, zgodzi się na oddalenie zarzutów.



          Dwie i pół godziny później spisywała właśnie każdy mozliwy adres i telefon do powódki. Było wiele możliwości, a Lucjan Walczak - poprzedni adwokat - wcale nie chciał podać swoich namiarów na Skalską. Kasandra westchnęła zmęczona. Była dopiero piętnasta, a ona miała dość. Była psychicznie wykończona, a wszystko wskazywało na to, że będzie musiała zostać do późna.

          - Zabiję, poćwiartuję, zszyję i nabiję na pal jako nową flagę państwową. - Warknął Mikołaj wchodząc do jej gabinetu.

          Zaintrygowana uniosła głowę i spojrzała na rozwścieczoną minę przyjaciela z niejakim rozbawieniem. Oparła się wygodnie o swoje krzesło i uśmiechnęła się zadowolona. Czyli Tobiasz się spisał...

          - Oj spisał, spisał. Czy ty wiesz coś narobiła?! - Czyżby powiedziała to na głos? - Jak jutro nie będą o tym trąbić w gazetach to będzie cud. - Ze zrezygnowaniem opadł na krzesło i schował twarz w dłoniach.

          - Mówiłam, że się zemszczę za niepowiedzenie mi, że moim następnym klientem ma być Daniel Stoch. - Powiedziała znudzonym tonem, oglądając swoje białe paznokcie. - Nie bój się. Nikomu nic nie powie. Miał Ci tylko napędzić stracha.

          - Ta... A mrówki to Hilterem były. - Warknął niewyraźnie zza swoich dłoni.

          - Że co takiego? - Zapytała ze zdziwieniem, patrząc z niepokojem na swojego wspólnika.

          - Nieważne. - Wyprostował się i odgarnął przydługie włosy z twarzy. - Jak tam zniesławienie? Jest coś ciekawego?

          Chciała mu powiedzieć o swoich podejrzeniach, naprawdę chciała. Jednak świadomość tego, że zapewne odbierze to niestosownie natychmiast zgasiła jej zapał. Westchnęła ciężko i zabębniła palcami o szklany blat.

          - Okazuje się, że powódka Lukrecja Skalska oraz Daniel Stoch byli w półrocznym związku. To daje jej niejako kolejną podstawę. Walczak nie odbierał telefonu, a kiedy w kończ odebrał nie chciał pisnąć ani słowa. Podobno nie próbował wynegocjować od niej ugody, ani nie wniósł o to do sądu. Stoch nie dostał żadnego pisma, poza wezwaniami. - Zagryzła lekko wargę i zmrużyła oczy. Coś jej naprawdę nie pasowało w tej sprawie.

          - Nie wniósł o ugodę? Przecież to jest pierwsze co należy zrobić jeśli się kogoś broni. - Mikołaj ściągnął brwi i zaczął przeglądać akta i notatki sprawy. - Powiem Ci szczerze Kassi, że nie podoba mi się ta sprawa. Sądziłem, że to łatwizna, ale coś tu jest naprawdę nie tak. Próbowałaś zadzwonić do Skalskiej? - Zapytał podnosząc wzrok.

          - No jasne, zwłaszcza, że mam czterdzieści osiem numerów telefonu.

          - A co z Danielem? Skoro z nią był to może nadal ma numer, albo chociaż numer kogoś kto ją zna. - Podsunął i wyszedł z jej biura.



          Około godziny dwudziestej czwartej, kiedy wyszła z biura, była wściekła. Cały dzień szukała jakiegokolwiek kontaktu z Lukrecją Skalską, ale wszystkie tropy był ślepymi uliczkami. Wszelkie próby kontaktu z Joanną Mazurek również się nie powiodły, a na dodatek miała na głowie wściekłego Mikołaja, który obwiniał ją o poinformowanie jego rodziców o związku z Oktawią. Tak. Jakby nie miała nic innego do roboty, tylko wydzwanianie do wujka Matta lub cioci Izy.

          Co ją bardziej zadziwiło to to, że Tobiasz zaraz po wizycie u Mikołaja udał się na lotnisko i wyleciał do Barcelony. Kiedy w końcu do niej oddzwonił, po wysłuchaniu jej wiadomości na poczcie, przyznał, że miał zamiar powiedzenia o wszystkim Andersonom, ale zrezygnował.

          Westchnęła i przeczesała dłonią włosy. Coś mówiło jej, że ktoś planuje namieszać w jej życiu i życiu jej przyjaciół i rodziny. Miała przechodzić przez jezdnię, kiedy przed nią zatrzymał się czarny Mercedes. Zdziwiona odsunęła się i chciała przejść, kiedy ze środka wysiadł wysoki mężczyzna w czarnym garniturze.

           - Pani Kasandra Drzyzga? - Przełknęła ślinę i kiwnęła głową. - Zapraszam. Mój pracodawca pragnie z panią porozmawiać. Bez obaw, po spotkaniu zostanie pani odwieziona prosto pod pani kamienicę.

          Oddech ugrzązł jej w gardle. Czuła się teraz jak w filmie klasy B. Czarny samochód podjeżdża obok niej, szofer nakazuje jej wsiąść i się nie bać. Zacisnęła wargi i wsunęła się na tylne siedzenie. Nie patrząc na nią ani razu, mężczyzna wpasował się w niewielki już ruch uliczny.

          - Czy mogę wiedzieć kto... jest pana pracodawcą? - Zapytała spokojnym, ale lekko drżącym głosem. Wewnątrz miała ochotę wrzeszczeć i uciekać jak najdalej.

          - Dowie się tego pani niedługo. - Na tym zakończyła się ich konwersacja.

          Jechali już dość długo i przez okna widziała, że wyjechali z Londynu. Poza obrębami miasta było kilka rezydencji, dość starych rezydencji, które należały do osób dość skrytych. Nikt nie wiedział, kto tam mieszka, ale po tym, iż stać te osoby na kupno posiadłości, uznawano, że są to osoby dość majętne. Właśnie wjechali na jedną ze żwirowych dróg, która prowadziła w głąb lasu.

          Zatrzymali się pod rezydencją z ogromnymi wierzbami po lewej stronie. Kiedy wysiadła zauważyła jak wielkich rozmiarów jest to budowla. Szerokie, zapewnie ręcznie zdobione kolumny przyciągały uwagę drobnymi detalami, staroświeckie okna z czarnymi okiennicami znajdowały się prawie wszędzie. Powoli wspięła się po kamiennych schodach na ganek i kiedy podeszła do drzwi, prawie od razu zostały otwarte przez kolejnego mężczyznę. Miał on kasztanowe włosy, jasne szare oczy i ubrany był w podobny garnitur. Jedyną różnicą było to, że on miał muchę, a szofer krawat. Weszła do środka i oddała swoją marynarkę oraz torebkę.

          - Proszę zejść do holu, a następnie do salonu w gabinecie po prawej stronie. Mój pracodawca już tam czeka. - Wskazał jej drogę dłonią i cofając się zniknął za zakrętem.

          "Brawo. Genialnie Kasandra. Jutro będziesz w wiadomościach. Zamordowana pani adwokat znaleziona w rowie." Pomyślała, kiedy powoli kroczyła w stronę salonu. Wzięła głęboki wdech i nacisnęła klamkę.

          Wnętrze było utrzymane w ciemnych kolorach. Bordowy dywan skrywał drewnianą podłogę - a przynajmniej jej część, duże biurko stało pomiędzy potężnymi oknami, na prawo znajdował się kamienny kominek i dwa fotele. Było tu również kilka biblioteczek oraz stolików.

          - Nie sądziłem, że zobaczę Cię kiedykolwiek przestraszoną. Muszę przyznać, że to interesujący widok. Wart zapamiętania. - Odwróciła gwałtownie głowę i napotkała rozbawione, intensywnie niebieskie oczy.

          - Ty. To wszystko twoja sprawka? - Zmrużyła oczy i podeszła do niego. - Po co ten cały cyrk?!

          - To chyba ja powieniem o to pytać. - Syknął wściekle i złapał ją za ramiona. W jednej sekundzie przyszpilił ją do ściany i pochylił głowę. Patrząc jej prosto w rozszerzone ze strachu i zdziwienia oczy kontynuował: - Dlaczego nękasz Joannę. Miałaś mi pomóc w sprawie z Lukrecją, a nie dręczyć moją narzeczoną. Dlaczego?!

          Otworzyła usta ze zdziwienia i zamrugała szybko. Jakim cudem o tym wiedział? Nie podawała żadnego nazwiska, nie udało jej się skontaktować z Mazurek, więc jakim cudem wiedział o tym?

          - Dlaczego? W sprawach takich jak te, sąd wysyła papiery do powódki i oskarżonego. Dlaczego ty nie dostałeś żadnych papierów? Skoro ich nie masz to musi je mieć A - Walczak, B - twoja narzeczona. Niestety twój był adwokat odmawia współpracy, a narzeczona wyjechała i nie ma z nią kontaktu. - Spojrzała mu twardo w oczy i syknęła wściekle. - Nie posądzaj mnie o dręczenie niewinnych. Dręczę tylko winnych. Próbuję Ci pomóc, ale to na nic jeśli ukrywasz coś co może mi się przydać!

          Jej oddech stał się urywany, krew zaczęła krążyć jej szybciej w żyłach. Jak ten człowiek ją denerwował! Próbowała mu pomóc, a on bezczelnie zarzucał jej nękanie! Spojrzała wściekle w roziskrzone ze złości oczy i otworzyła usta by znów zacząć z nim walkę, kiedy coś jej to uniemożliwiło.

          Jego usta. Umiejscowione na jej.

Mówiłam, że nie porzucę... I co wy na to, maleństwa?
Przyznać się... to beznadzieja, co nie? |_|

1 komentarz:

  1. Bardzo mi się podoba i na pewno będę zaglądać :D czekam na nowość!
    tymczasem zapraszam do siebie na nowy rozdział i nowy blog o Victorze Valdesie :)
    por-mil-anos-mas.blogspot.com
    Liczę na szczerą opinie

    OdpowiedzUsuń